Jan Jeda
Życie i śmierć
„Cichego" cz. II
Siostra Fr. Wojtasia:
" ...Był to pamiętny
dzień, ponieważ w tym dniu na wozie chłopskim leżały zwłoki
Jadanowskiego.
Franciszek Jadanowski leżał na słomie bez munduru i boso. Miał tylko
kalesony i koszulę. Zapytano mnie, czy ja znam tego bandziora.
Odpowiedziałem, że znam. Następnie udaliśmy się do budynku UB.
Prowadzili mnie po schodach na jakieś piętro i otworzyli drzwi pokoju.
Do pokoju siłą wepchnięto mnie. W pokoju tym było dużo UB-wców.
Funkcjonariusze siedzieli przy stole i stali wokoło mojego brata. Był
to straszny widok. Franciszek stał przy żelaznym piecu. Rura piecowa
łącząca piec z kominem była rozgrzana do czerwoności. Brat miał
podniesione ręce i dłonie zbliżał do rury piecowej. UB-wcy kazali
bratu rękoma objąć czerwoną rurę. Krzyczeli i bili Franciszka. Brat
dotykał rękoma czerwoną rurę piecową pod wpływem uderzeń. Widziałam, że
miał popalone dłonie. UB-wcy bili go tak, że miał rozbitą głowę. Z
głowy krew tak ciekła, że nie widziałam dobrze twarzy. Na to wszystko
musiałam patrzeć. Patrząc na torturowanie i słysząc jęki brata,
zemdlałam. Po odzyskaniu przytomności zorientowałam się, że leżałam na
korytarzu. Do mnie zwracano się – „bandziorko”. Po tym wszystkim
zwolniono mnie do domu. Poszłam po moje dziecko mające około 5 lat ..."
Oddział „Cichego” ostrzelał posterunek MO w Wawrowicach i ranił
w rękę komendanta Jankowskiego.
Oddział „Cichego” w sile 7
ludzi w dniu 28.10.1946r. przyszedł na kwaterę do mieszkania Jana
Dembka w Mikołajkach. Przebywał od godziny 5.00 do 19.00. Zofia i
Justyna Dembkówny wyszyły dla żołnierzy AK znaczki płócienne
biało-czerwone z napisem "AK".
Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy skazał obie siostry Dembkówny na 6
miesięcy więzienia za to, że nie poinformowały organów władzy o pobycie
i o treści rozmów członków nielegalnej organizacji. Będąc w PUBP w
Nowym Mieście Lub. codziennie słyszały krzyki i jęki dochodzące
prawdopodobnie z piwnicy.
Pani Zdzisława Tomaszewska kiedyś mieszkała w Buczku koło Szwarcenowa.
Tak pisze na temat dramatu młodych ludzi ukrywających się latem w
lasach a zimą wśród mieszkańców, którzy służyli pomocą i wzajemnym
zaufaniem.
„Początkiem listopada 1946r.
oddział „Cichego” przybył do nas. Był to ciemny, chłodny listopadowy
wieczór. Zmęczeni, głodni, wystraszeni wiedzieli, że są ścigani przez
UB i miejscową milicję w Krotoszynach. Jedno jest pewne, że była to
walka o przetrwanie, walka z ustrojem komunistycznym. Może oczekiwali
pomocy, która miała nadejść?”.
Z. Tomaszewska na temat ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej pisze:
„Drugi raz przybyli do nas
za miesiąc, gdzieś na początku grudnia z zamiarem przenocowania, może
nawet dłuższego odpoczynku. Oddział liczył 7-8 osób. Ale niestety, po
upływie 3-4 godzin zostali okrążeni przez milicję i UB razem z moją
rodziną w domu mieszkalnym. Nie wiadomo, czy była to zasadzka? Czy ktoś
z sąsiadów powiadomił? Jak sięgnąć pamięcią, to po zachowaniu się
milicji, którzy skrycie przemykali pod oknami można sądzić, iż
wiedzieli, że AK-owcy są w środku. Dom mieszkalny został okrążony
dokładnie. Kiedy wołanie i krzyki nie odnosiły skutku, zaczęli wybijać
szyby i wchodzić. Co działo się w środku to trudno opisać. Przerażeni,
że śmierć blisko, że już nie ma z mieszkania wyjścia, że niemożliwe
jest stawianie oporu tak dużej grupie agresorów /UB, MO - przyp. J. J./
jeden z partyzantów, pseudonim „Mały” zostawił buty pod piecem,
ponieważ nie zdążył założyć. Później któryś z milicjantów wziął te
buty. Słyszałam ciche szepty, modlitwy, wypowiedzi - to już koniec z
nami. Wszystko to pozostało w pamięci na zawsze. AK-owcy zaczęli
uciekać przez okna. Strzelanina trwała nadal. Krzyki i wyzwiska słychać
było dość długo. Jeden z napastników rzucił granat do środka, do pokoju
stołowego. Szczęście, że już w pokoju nikogo nie było, ponieważ matka,
brat 10-letni, siostra 6-letnia i ja byliśmy w kuchni. UB-wcy
szturmowali do drzwi wejściowych. Pamiętam jak mama biegała i szukała
lampy naftowej, której zresztą nie znalazła. Pobiegła więc do swego
ojca, a mego dziadka, który miał wydzielony mały pokoik wraz ze swą
córką, a mamy siostrą. Przyniosła jakieś światło, jak pamiętam była to
lampa karbidowa, która oświetlała mieszkanie w czasie wojny i po
wojnie. W tym czasie drzwi wejściowe zostały wyważone i do środka
wtargnęła zgraja wściekłych żołdaków. Zaczęli bić mnie, mamę i brata.
Ale zapomnieli, że w małym pokoiku znajduje się 75. letni dziadek wraz
ze swą córką. Chwała Ci Panie, że w pokoju przetrwali tę straszną noc.
Katowano nas, a bili kolbami pistoletów i karabinów. Z opowiadań matki
wynika, że grupa oprawców pozostała przez całą noc. Zostałam
aresztowana i przewieziona tej nocy wraz z bratem 10-letnim do UB w
Nowym Mieście Lubawskim”.
Po obu stronach bratobójczej
wojny ginęli Polacy. Po jednej stronie wystąpili w bratobójczej walce
Polacy – sprzymierzeńcy Moskwy i NKWD-owcy, po drugiej zaś
antykomunistyczne podziemie walczące o suwerenność Polski. Jest to
jedna z największych tragedii Polaków XX wieku.
W nieznanej miejscowości
powiatu nowomiejskiego w pierwszej dekadzie grudnia 1946r. w zasadzce
zginęli partyzanci Ballego: „Wróbel” lat ok. 20 i Ruciński ps.
„Sroczka” lat ok. 20. W tym samym czasie zginął członek innego oddziału
podziemia o ps. „Sowa” lat ok. 25. Wszyscy pochowani zostali na
cmentarzu w Nowym Mieście Lub.
9 grudnia 1946r. w Osowcu /koło Rakowic/ zostali aresztowani: Józef
Gryckiewicz ps. „Brzoza”, Henryk Kołodziejczyk ps. „Wiewiórka” i Alojzy
Godziński ps. „Cygan”.
Z Osowca 9.12.1946r. M. Sarnowski, A. Orzepowski, J. Rydel, Fr.
Jadanowski, Fr. Wojtaś uciekli w kierunku Szwarcenowa. Niektórzy z nich
będą przebywać w Buczku i Małych Bałówkach. Franciszek Wojtaś również
będzie gościć w Zajączkowie, zaś Franciszek Jadanowski w Tylicach.
Funkcjonariusze UB w Nowym Mieście przygotowali materiały śledcze tak,
by rozprawa sądowa dotychczas schwytanych członków organizacji
„Cichego” i Ballego odbyła się na szerokim forum publiczności w sali
kina w Nowym Mieście Lub. /obecnie sala gimnastyczna Szkoły Gimnazjum/.
UB-wcy traktowali aresztantów gorzej niż konwojenci pilnujący bydło
rzeźne. Opiszę później pewien fragment śledztwa, który rzuci światło na
metody stosowane przez przedstawicieli „władzy ludu”.
Rozprawa sądowa
prowadzona przez Wojskowy Sąd Rejonowy w BYDGOSZCZY odbyła się 17
stycznia l947r. w trybie doraźnym i pokazowym. Dwóch aresztantów
/członków oddziału „Cichego”/ zostało oskarżonych i obarczonych
odpowiedzialnością zbiorową za śmierć funkcjonariuszy UB, MO i SOK.
Członek oddziału BALLEGO został oskarżony o bezpośrednie zastrzelenie
żołnierza. Dwóch pozostałych odpowiadało za nielegalne posiadanie broni
i za czyny o mniejszym znaczeniu.
Proces sądowy miał ukazać ludzi podziemia w jak najgorszym świetle.
Propaganda komunistyczna miała dokonać spustoszenia w umysłach
nowomiejskiego społeczeństwa. Taktyka stalinowskiego urabiania opinii
publicznej wykorzystująca najbardziej perfidne slogany marksistowsko -
leninowskiej propagandy i starannie dobrane sformułowania
prawne, przyniosła oczekiwane rezultaty. Ci co często w budynku PUBP
śpiewali na zebraniach partyjnych „Bój to będzie ostatni” potrafili
przedstawić ludzi z drugiej strony bariery w tak pogardliwy sposób, że
sami stawali się na tle swych ofiar wzorem postępowania humanitarnego.
UB-wcom z pod znaku PPR pomagali wytrwali prawnicy w mundurach
wojskowych. Tego nie wolno zapomnieć. Wyrok jest tak spreparowany, że
brak dowodów materialnych procesu w sprawie osób poległych po stronie
szeregów UB, MO i SOK w starciach zbrojnych.
Funkcjonariusze, którzy
oddali życie dla „władzy ludowej”, w dokumencie procesowym występują
anonimowo. Nie podaje się danych personalnych poległych
funkcjonariuszy. Prokuratorzy i sędziowie w mundurach LWP sądząc
partyzantów z różnych oddziałów mogli powoływać się na śmierć jednej i
tej samej osoby, ponieważ śmierć człowieka była anonimowa. W akcie
oskarżenia, a następnie w wyroku stalinowscy prawnicy mogli „rozmnażać”
poległych funkcjonariuszy „władzy ludowej” w zależności od potrzeb, w
zależności od wielkości zaplanowanej „komedii” procesowej. Powiada się,
przecież są jeszcze oskarżeni, którzy zeznają! Stalinowcy byli poza
prawem i mogli stosować takie metody, że ofiary przyznawały się do
wszystkiego. Podejrzani „przyznając się” do popełnienia czynów im
wmówionych, zgadzali się na procesowe ich unicestwienie.
Wedle wyroku jeden milicjant poległ 24.10.1946r. w MARWAŁDZIE. Z
„Księgi pamięci poległych funkcjonariuszy SB, MO, ORMO”/ Warszawa 1971/
wynika, że Krzysztof Kwiatkowski /KPMO/ poległ 25.10.1946r. we wsi
Marwałd.
Dwóch podsądnych oskarżono i na nich wydano wyrok za to, że jeden z
nich 9.11.1946r. strzelał do milicjantów koło Omula. Za samo strzelanie
WSR skazywał podsądnych na karę śmierci. Drugi z oskarżonych
29.11.1946r. brał udział w walce również koło Omula. Według wyroku
zginęło wtedy 2 funkcjonariuszy MO. Na podstawie księgi pamięci można
ustalić, że w wyżej podanych dniach opisane zdarzenia nie miały
miejsca. Prawda wygląda inaczej. W księdze podaje się, że Jan Laskowski
(KPMO) poległ 7.11.1946r.
w Omulu. Inny funkcjonariusz Kazimierz Maciejewski (KPMO) poległ
8.11.1946r. w Lubawie.
Mogło być tak, że K. Maciejewski w dniu 7.11.1946r. został ranny koło
Omula i zmarł następnego dnia w Lubawie.
W wyroku z dnia 17 stycznia 1947 roku sąd orzekł, że w nocy z
pierwszego na drugiego listopada 1946 roku na dworcu kolejowym w
Iławie „dwóch funkcjonariuszy kolei zostało zabitych oraz kilku
żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego rozbrojonych i pobitych”. Sąd
orzekł również, że jeden dzień wcześniej, bo 31 października 1946 roku
członkowie grupy „Cichego” także na dworcu PKP w Iławie „wykonali akcję
rozbrajając znajdujących się na dworcu żołnierzy i oficerów Wojska
Polskiego, w wyniku czego zostało zabitych dwóch funkcjonariuszy kolei
państwowych". Z dokumentu sądowego wynika, że w dniach 31 października
do 2 listopada 1946 roku zginęło czterech funkcjonariuszy SOK na
terenie dworca PKP w Iławie. Zdaniem jednego z członków grupy
„Cichego” w czasie akcji na posterunek SOK w Iławie nikt z
funkcjonariuszy nie poległ w czasie pełnienia służby. Z akt
sprawdzonych w USC w Iławie wynika, że w październiku i listopadzie
1946 roku nastąpił tylko jeden zgon obywatela mundurowego. Był to
Kazimierz Rydzyński, zamieszkały w Olsztynie, zatrudniony jako starszy
adiunkt kolejowy. Zmarł on 1.11.1946r. w Iławie /Nr aktu 49/1946/.
Sąd wojskowy w stosunku do członka grupy Ballego orzekł, że „dopadł
żołnierza Wojska Polskiego znajdującego się na dworcu kolejowym w
Lidzbarku /Welskim- przyp. J. J./ i wystrzałem z pistoletu w czoło z
odległości pół metra zabił żołnierza na miejscu". Wydarzenie to miało
mieć miejsce 29 listopada 1946 roku. Po przeanalizowaniu księgi pamięci
poległych pracowników SB, MO i ORMO należy wykluczyć przypuszczenie, że
procesowy żołnierz należał do UB lub MO. Należało jeszcze zbadać w USC
w Lidzbarku Welskim czy istnieje dowód materialny na okoliczność
śmierci nieznanego żołnierza. Okazało się, że nie ma aktu zgonu
dotyczącego śmierci obywatela mundurowego w listopadzie 1946 roku.
Owszem, są dokumenty na temat śmierci funkcjonariuszy UB i MO poległych
w sierpniu i październiku 1946 roku.
Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy na sesji wyjazdowej w Nowym Mieście
Lubawskim w trybie doraźnym skazał na karę śmierci: Józefa
Gryckiewicza, Henryka Kołodziejskiego, Alojzego Godzińskiego. Wyroki
zostały wykonane we więzieniu w Grudziądzu. Ponadto sąd skazał na karę
śmierci Jana Godzińskiego za to, że posiadał broń palną i udzielał
„pomocy przez kilkakrotne przeprowadzanie wywiadu dla bandy”. Wyrok
śmierci nie został wykonany.
Oskarżycielem był podprokurator W.S.R. kpt. Zdzisław Ziemkowski.
Sędziami byli: Sędzia W.S.R. por. Alfons Banaszak, asesor W.S.R, por.
Stanisław Krawczyk i ławnik sierżant Marian Gremplewski.
Przed zapoznaniem czytelnika z relacją Z. Tomaszewskiej o jej pobycie w
Urzędzie Bezpieczeństwa w Nowym Miejcie Lubawskim, opiszę metodę
szczególnego dręczenia przesłuchiwanych zastosowaną w stosunku do
wszystkich aresztowanych członków grupy „Cichego”.
Aresztowanemu wiązano ręce, następnie zakładano je na kolana przy
zgiętych nogach. Pomiędzy ręce i dół kolan wkładano kij. Uzyskany w ten
sposób ludzki kłębek dwóch UB-owców chwytało za wystające końce trzonka
i zawieszało pomiędzy dwoma taboretami. Spętanego człowieka można było
dowolnie obracać.
Przed torturowaniem nakładano opaskę na usta. Ofiara oddychała tylko
nosem. Następnie kierowano strumień wody na nos. Skrępowany człowiek
„pił wodę” nosem, woda gromadziła się w płucach. Gdy przesłuchiwany
tracił przytomność, zdejmowano opaskę z ust. Stosowano ten bandycki
proceder do chwili wymuszenia na aresztowanym przyznania się do winy.
Polska Partia Robotnicza jako partia marksistowsko-leninowska
(bolszewicka) przystąpiła do budowania nowego ustroju za pomocą siły.
Miała do swojej dyspozycji aparat przemocy: Ministerstwo Bezpieczeństwa
Publicznego, Ministerstwo Obrony Narodowej i wojsko Związku
Radzieckiego. W okresie walki wewnętrznej każda informacja o
przeciwniku politycznym jest wyjątkowo ważna. Dlatego zdobywano
informacje od osób podejrzanych, również za pomocą siły.
PPR-wcy w mundurach UB przed społeczeństwem udawali aniołów pokoju i
dobrotliwych rewolucjonistów postępu. W dzień z gmachu Powiatowego
Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Mieście Lubawskim
promieniowała ludowa sympatia, uczciwość dyktatury proletariatu. W nocy
w tym samym budynku szalała nienawiść.
Oto co pisze Zdzisława
Tomaszewska:
„W celi gdzieś w piwnicy nie byłam sama, przebywało tam
już 6-8 kobiet w różnym wieku. Jako młoda, mająca 20 lat dziewczyna
chętnie słuchałam rad i pouczeń starszych. Jedna z pań, nazwiska nie
były wymienione, opowiadała, że wszystkie siedzą z powodu ojca lub
brata. Ja również musiałam opowiedzieć, dlaczego tu się znalazłam.
Jedna z kobiet ostrzegała, żeby dużo nie mówić, bo jesteśmy
podsłuchiwani. Według znanej metody hitlerowsko - stalinowskiej
przesłuchania trwały nocą. Pytania zadawano ciągle na jeden i ten sam
temat, jakie pseudonimy, o czym rozmawiali itd.
Bito czymś twardym w pozycji leżącej na podłodze. Kilka razy zemdlałam, ażeby wrócić do przytomności, bito po twarzy. Stosowano też torturę -
wlewanie wody do nosa. W czasie takiego zabiegu prawdopodobnie
nastąpiło zachłyśnięcie się, gdyż nieprzytomną zaciągnęli mnie do celi.
Tam współlokatorki zaczęły mnie ratować. Opowiedziały, że zachłyśnięcie
było poważne. Jak zbudziłam się, przez następne kilka godzin czułam
bóle głowy i cała byłam wychłodzona, a przykryć się nie było czym”.
Pani Z. Tomaszewska powiedziała, że UB-cy „bili mnie chyba drutem”.
Faktem jest, że w tym czasie bito aresztantów /szczególnie po piętach/
wyciorem - prętem do czyszczenia luf broni palnej.
„Strasznie bolały mnie palce”. "UB-cy deptali butami po palcach”.
„Z aresztu zostałam zwolniona gdzieś przed Bożym Narodzeniem 1946 roku.
Natomiast brat został zwolniony po 3-5 dniach, również był
przesłuchiwany - bity, może nie w tak brutalny sposób jak ja”.
Szefem PUBP w Nowym Mieście Lubawskim był Jezierski, zaś starszym
oficerem śledczym był Kozak /nazwiska oprawców ustalono na podstawie
aktu osk. Nr 787/46 z dnia 25.11.1946r./. Kozak prawdopodobnie żyje i
jest sparaliżowany.
Rodzina Sarnowskich utrzymywała kontakty z Marcjanem. Były one
utrudnione. Obowiązywały zasady konspiracji. Pierwszą osobą, która
zaprowadziła ojca i siostrę na spotkanie z Marcjanem, był Franciszek
Jadanowski. Będzie to wierny druh „Cichego”. Później spoczną na krótko
we wspólnym grobie.
Fr. Jadanowski zaprowadził Teofila i Bolesławę
Sarnowskich do gospodarstwa położonego we wsi Krzemieniewo. Tu
nastąpiło rodzinne spotkanie. Bolesława Sarnowska /później
Stelmaszczyk/ - siostra „Cichego” będzie jeszcze widziała brata w
Lipowcu i w Małych Bałówkach. Były to trzy poza domem spotkania,
niestety ostatnie. Bolesława pisała listy do brata i wysyłała je na
wskazany adres.
Matka „Cichego” - Marta Sarnowska za pośrednictwem Bolesławy przekazała
Marcjanowi różaniec. Taki był sens jednego ze spotkań Bolesławy z
Marcjanem.
Są ludzie, którzy przed śmiercią wykazują niepokój. Do takich należał
Marcjan Sarnowski ps. „Cichy”.
Oddział „Cichego” ponosił porażki. Już 6.11.1946r. bezpieka aresztowała
Jana Rudzińskiego ps. „Szczygieł”. Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy w
dniu 28.12.1946r. na sesji wyjazdowej w Grudziądzu w trybie doraźnym
skazał Jana Rudzińskiego na karę śmierci. Wyrok uprawomocnił się
8.01.1947r. Na akcie wyroku figuruje zapis „Prezydent K.R.N. nie
skorzystał z prawa łaski. Wyrok podlega wykonaniu”.
Ludwik Ochocki w 1965 roku w książce „Nowe Miasto” pisał:
„Na zabawie w
Zajączkowie tenże posterunek /MO w Grodzicznie- przyp. J. J./
aresztował członka bandy Ballego ukrywającego się pod pseudonimem
„Tyczka”. Jest to tylko cząstka prawdy.
Zabawa noworoczna w Zajączkowie była nie tylko początkiem nowego roku
1947, lecz również początkiem ziemskiego piekła dla Franciszka Wójtasia
ps. „Tyczka”. UB-wcy wprowadzili „Tyczkę” na korytarz aresztu śledczego
znajdującego się w piwnicy PUBP, następnie zdarli z niego płaszcz i
przewrócili go na posadzkę. Leżącego oprawcy skopali i zdeptali.
Siostra Fr. Wojtasia – Jadwiga Szlegel oświadcza, co następuje:
„Franciszek Wojtaś urodził się w październiku 1919
roku w Gwiździnach.
W czasie wojny był poza domem na robotach w Niemczech. Wstąpił do
Oddziału „Cichego” w 1946r. Przedtem był w oddziale Ruchu Oporu Armii
Krajowej pod dowództwem St. Ballego. Aresztowanie Franciszka Wojtasia
na zabawie w Zajączkowie nastąpiło po wystrzeleniu przez niego
wszystkiej amunicji z dwóch pistoletów. UB w Nowym Mieście Lub.
dowiedziało się o tym, że Franciszek jest na zabawie od N. - obywatela
zamieszkałego w Nowym Mieście Lubawskim.
O tym fakcie opowiadał mój
brat po wyjściu z więzienia.
Obywatelowi N. będącemu na zabawie brat zafundował kieliszek wódki.
Obywatel N. później wyszedł z pomieszczenia i powiadomił UB w Nowym
Mieście Lub. Za jakiś czas do Zajączkowa przyjechała bezpieka.
Nastąpiła strzelanina.
Po wystrzeleniu amunicji Franciszek Wojtaś zmuszony został do poddania
się. Zawieziono go do gmachu PUBP w Nowym Mieście Lubawskim. O
aresztowaniu brata dowiedziałam się od pani Karczewskiej - mieszkanki
Nowego Miasta. Wiadomość tę pani Karczewska uzyskała od zięcia, który
był milicjantem. Miał za żonę jej córkę o imieniu Mania. Ten milicjant
widział sposób przeprowadzania śledztwa. To on opowiadał mi o torturach
brata. Mówił, że UB-wcy w czasie przesłuchania Franciszka zanurzali
jego głowę w wiadrze z wodą. Woda na włosach marzła. Był bity w
wyjątkowy sposób. Pielęgniarka Agnieszka Lewandowska opowiadała mi, że
była razem z lekarzem w gmachu UB, aby dokonać opatrunku ciężko
pobitego brata. Mówiła, że mój brat miał rozbitą głowę. Uważała ona, że
Franciszek nie przeżyje na skutek obrażeń głowy i ogólnego pobicia.
UB-wcy po mnie przyszli wieczorem 7 stycznia 1947r. Był to pamiętny
dzień, ponieważ w tym dniu na wozie chłopskim leżały zwłoki
Jadanowskiego.
Franciszek Jadanowski leżał na słomie bez munduru i boso. Miał tylko
kalesony i koszulę. Zapytano mnie, czy ja znam tego bandziora.
Odpowiedziałem, że znam. Następnie udaliśmy się do budynku UB.
Prowadzili mnie po schodach na jakieś piętro i otworzyli drzwi pokoju.
Do pokoju siłą wepchnięto mnie. W pokoju tym było dużo UB-wców.
Funkcjonariusze siedzieli przy stole i stali wokoło mojego brata. Był
to straszny widok. Franciszek stał przy żelaznym piecu. Rura piecowa
łącząca piec z kominem była rozgrzana do czerwoności. Brat miał
podniesione ręce i dłonie zbliżał do rury piecowej. UB-wcy kazali
bratu rękoma objąć czerwoną rurę. Krzyczeli i bili Franciszka. Brat
dotykał rękoma czerwoną rurę piecową pod wpływem uderzeń. Widziałam, że
miał popalone dłonie. UB-wcy bili go tak, że miał rozbitą głowę. Z
głowy krew tak ciekła, że nie widziałam dobrze twarzy. Na to wszystko
musiałam patrzeć. Patrząc na torturowanie i słysząc jęki brata,
zemdlałam. Po odzyskaniu przytomności zorientowałam się, że leżałam na
korytarzu. Do mnie zwracano się – „bandziorko”. Po tym wszystkim
zwolniono mnie do domu. Poszłam po moje dziecko mające około 5 lat. Gdy
UB-wcy zabierali mnie do brata, to dziecko przekazali sąsiadom.
Zabrałam dziecko i uciekłam, by ukryć się u obcych ludzi o nazwisku
Stein. Z bratem widziałam się dopiero na rozprawie sądowej w Nowym
Mieście. Rozprawa toczyła się w sali kina / sali gimnastycznej szkoły
nr l/ w 1947r. Rozprawa była procesem pokazowym. Na rozprawie, która
jak sobie przypominam, trwała dwa dni był sądzony tylko mój brat.
Otrzymał trzykrotnie karę śmierci i łączny wyrok karę śmierci. Na
pytanie sądu, co sobie życzy odpowiedział, że „to na co mnie
osądzicie”.
Codziennie wczesnym rankiem rolnicy z Małych Bałówek jechali z mlekiem
do zlewni. Kilkaset metrów dalej była poczta. 17 lutego 1947 roku
pewien chłop w średnim wieku przejechał ten dodatkowy dystans i dzwonił
do Nowego Miasta. Zgłosiła się centrala telefoniczna UB. Mężczyzna
przyciszonym głosem mówił, że kilku ludzi z oddziału „Cichego” znajduje
się w znanym mu miejscu.... Nie trzeba było długo czekać. W kierunku
Tereszewa wyjechał ciężarowy samochód z funkcjonariuszami MO i UB. W
odległości około 200 metrów jechał samochód z dowództwem bezpieki.
Przed Tereszewem w miejscu gdzie stoi figura, samochody skręciły w lewo
i jechały polną drogą do wskazanego rolnika. Samochód ciężarowy
zbliżył się do zabudowań Bronisława Zielińskiego. Funkcjonariusze
zeskoczyli z samochodu i z trzech stron okrążyli gospodarstwo. Nagle
dwóch partyzantów wyskoczyło przez okno. Pobiegli po dobrze widocznym
polu. Huknęły wystrzały, seria kul z pistoletu maszynowego trafiła
jednego uciekającego w głowę. Był to Alfons Orzepowski ur. 10.10.1926
roku w Marzęcicach i zamieszkały w Gdyni. Kilka metrów dalej upadł
Józef Rydel ur. 13.12.1927 roku w Otrembie i zamieszkały również w
Otrembie. Ich zwłoki pochowano 24 lutego 1947 roku na cmentarzu w Nowym
Mieście Lubawskim. Groby kilka lat temu zostały zlikwidowane.
19
stycznia 1947 roku odbyły się wybory do Sejmu, zaś 22 lutego wydano
ustawę o amnestii obiecującą „puszczenie w niepamięć i przebaczenie
udziału w przestępczym związku”.
Kilka tygodni wcześniej, bo 5 stycznia 1947 roku patrol milicyjno -
ubowski wyszedł z posterunku MO w Krotoszynach i podążał do Buczka. W
skład patrolu weszli milicjanci: Józef Kulka, Władysław Gogacz i Alfons
Kupniewski oraz Szepczyński /zięć Kasprowicza/ funkcjonariusza PUBP.
Józef Kulka pochodził z Bydgoszczy i był dobrym strzelcem. Alfons
Kupniewski miał brata w UB i pochodził z Mikołajek, później zamieszkał
w Nowym Mieście Lubawskim. Alfons Kupniewski również pełnił służbę na
posterunku MO w Prątnicy. Miał pozytywny stosunek do oddziału Ballego,
a szczególnie do dowódcy 2 plutonu Andrzeja Różyckiego.
UB otrzymało doniesienie, że jeden z mieszkańców Buczka może mieć
karabin maszynowy. Po przeprowadzeniu rewizji UB-wiec udał się do
majątku w Buczku. Milicjanci wracając z akcji pragnęli upolować jakąś
zwierzynę leśną. Jest to wersja zdarzeń opowiedziana przez Alfonsa
Kupniewskiego.
W okolicy pani Anny Tomaszewskiej były bagienka, do
których przychodziły sarny. Obok gospodarstwa Anny Tomaszewskiej biegła
droga, którą szli amatorzy dziczyzny. Zbliżając się do gospodarstwa
zauważyli za stodołą idącego mężczyznę. Prowadził damski rower.
Zbliżała się pora obiadowa /11.00 – 12.00/. Ktoś rozpoznał w idącym
„Cichego”. Mężczyzna ubrany był w zimową kurtkę i czapkę. Miał
oficerskie buty. Być może, że ktoś z milicjantów krzyknął „stój”. Padł
strzał. „Cichy” położył rower na ziemię i szedł dalej. Wyciągnął
pistolet, lecz nie oddał ani jednego strzału. Znowu padł strzał ”Cichy”
upadł. Kula ugodziła go w szyję i przeszyła ciało na wylot. Milicjanci
podeszli do leżącego i konającego człowieka. Mieli nadzieję, że znajdą
w kieszeniach milion złotych. Miliona nie było. Zwycięzcy podzielili
się skromnym łupem. Józef Kulka wziął pas oficerski i długie buty,
Władysław Gogacz otrzymał damski rower. Alfons Kupniewski dostał
pistolet. Nie wiadomo, kto wziął kurtkę i zegarek.
„Cichy” był wyposażony w pistolet i granat. Pistolet kupił od UB-wca w
Zajączkowie. Ponadto miał przy sobie rodzinne zdjęcia i instrukcję
dotyczącą wyborów do Sejmu.
Władysław Gogacz udał się na posterunek MO w Krotoszynach z
wiadomością, że Marcjan Sarnowski został zastrzelony. Komendantem był
Józef Lewsza w stopniu sierżanta. Do pracy w milicji przyszedł z
Ludowego Wojska Polskiego.
Zdzisława Tomaszewska pisze:
„Najbardziej
bolesny i zarazem szokujący był dzień śmierci niewinnej, niepotrzebnej,
bo czy musiał zginąć? Dnia 5-go, 6-go, 7-go stycznia 1947 roku przez
długie lata pozostały dla mnie jako rocznica. Nie tak dawno
dowiedziałam się, że ten krytyczny dzień dla „Cichego” był dokładnie
5-go stycznia 1947 roku. Dzień ten nie wyróżniał się niczym szczególnym
od pozostałych dni starego roku 1946, a nowego już 1947 roku. To samo
przenikliwe zimno panujące w całym mieszkaniu z braku szyb w oknach.
Najbardziej brakowało żywności. A jednak coś smutnego wisiało w
powietrzu, pogoda wspaniała, słoneczna, niebo czyste, ziemia
przyprószona czystym śniegiem, lekki przymrozek. Około godz. 12. w
południe wyszłam po opał. Drewniak zbudowany był z desek, kiedy
schyliłam się, zobaczyłam pomiędzy deskami po drugiej stronie koło
roweru „Cichego”. Jak długo stał i obserwował podwórze, nie wiadomo.
Gdy mnie zobaczył, padło pytanie, czy jest ktoś u nas? Następnie
przeprowadził rower przez podwórze i razem weszliśmy
do kuchni. Był głodny, o czym i na jaki temat rozmawialiśmy na
osobności w pokoju, bowiem w kuchni była mama i rodzeństwo, dziś trudno
odpowiedzieć. Jedno jest pewne, że interesowały go wydarzenia tego
grudniowego dnia, jak też aresztowanie mnie.
Może chciał pozostać
dłużej i przenocować? Szukał swoich? Był piętnaście do trzydziestu
minut, może dłużej. Nim usiadł na krzesło, nagle zaszczekał pies,
doszłam do okna i zobaczyłam milicjanta idącego drogą do bramy. Drugi
milicjant szedł po prawej stronie ogrodu.
Pobiegłam razem z nim do wyjścia, chwycił mnie za rękę. Z ust „Cichego”
usłyszałam - to już koniec. Chwycił rower i zaczął uciekać przez
podwórze za stodołę. Stałam przez chwilę w drzwiach i nagle usłyszałam
wołanie: stać! Widziałam, że ucieka. Milicjant, który dochodził do
bramy, biegł w kierunku szopy. Stanął w szczycie szopy i zaczął
strzelać. Drugi milicjant stał obok domu. Po chwili dwaj milicjanci
weszli do mieszkania z wiadomością, że „Cichy” został zastrzelony.
Byłam przerażona i zszokowana, co teraz dalej nastąpi - zaraz mnie
zabiorą, zbiją a może jeszcze coś więcej. Jeden milicjant pozostał z
nami i nie pozwalał wychodzić na zewnątrz ani do pozostałych
pomieszczeń domu. Trzymał nas w kuchni z karabinem gotowym do strzału.
Nie pytał o szczegóły, ale wiadomo było, iż wiedział, że „Cichy” był w
domu, gdyż wskazywały wyraźne ślady kół roweru i stóp na świeżym
śniegu. Dlaczego o tym nie powiadomił UB, pozostaje bez odpowiedzi? Na
pytanie czy był u nas nieżyjący już „Cichy”, odpowiedziałam – nie.
Po
upływie 2-5 godzin, gdy zapadał zmierzch przyjechała grupa UB w liczbie
10 osób. Wezwano mnie bym rozpoznała nieżyjącego człowieka.
Wypowiedzieli słowa zaprawione ironią i dowcipem - podaj mu kubek wody!
Wyszłam i zobaczyłam grupę osób obok samochodu oraz leżące na ziemi
zakrwawione ciało „Cichego”, był bez butów. Nie potrafię odpowiedzieć
na pytanie, co się stało z ciałem. Przesłuchiwana nie byłam. Około 10.
osób pozostało na noc w mieszkaniu. Funkcjonariusze zapewne urządzili
zasadzkę również w stodole”.
Ciało Marcjana Sarnowskiego położono w ciężarowym samochodzie i
zawieziono do kostnicy szpitalnej w Nowym Mieście Lubawskim. Na
naramienniku miał jedną gwiazdkę. Nie było w zwyczaju, aby władza
ludowa zawiadamiała rodziny o śmierci ludzi stojących po przeciwnej
stronie barykady. Sarnowscy dowiedzieli się o śmierci syna od kolegów z
podziemia (Ruchu Oporu Armii Krajowej). O śmierci syna Marcjana
powiadomił rodziców Franciszek Jadanowski. W nocy siostra Bolesława i
brat Bronisław odprowadzili Franciszka Jadanowskiego do Kurzętnika.
W
dniu 7 stycznia 1947 roku o godzinie 10.00 Franciszek Jadanowski został
zastrzelony w Tylicach. Zwłoki Marcjana Sarnowskiego i Franciszka
Jadanowskiego pochowano 8 stycznia 1947 roku w jednym dole mogilnym –
bez trumien , na cmentarzu w Nowym Mieście Lub. Ciała ekshumowano 30
kwietnia 1947 roku i włożono w trumny. Grób Marcjana Sarnowskiego ps.
„Cichy” istnieje do dziś w tym samym miejscu. Trumnę ze zwłokami
Franciszka Jadanowskiego pochowano na cmentarzu w Radomnie. Rodzina
Sarnowskich postawiła metalowy krzyż przy mogile „Cichego” w dniu 4
maja 1990 roku.
Na tablicach obeliska kamiennego w Toruniu wypisano słowa, które
dotyczą nie tylko mieszkańców ziemi toruńskiej, lecz również
mieszkańców ziemi nowomiejskiej, dla upamiętnienia ich męczeństwa i
śmierci w imię działań niepodległościowych.
„Odebrano Wam życie, by nie
ożyła myśl niepodległa.
Kneblowano nam usta, byśmy nie dali świadectwa. Cieniom Waszym
meldujemy - nie zginęła”.
W byłym powiecie lubawskim po II wojnie światowej działały trzy
oddziały partyzanckie skierowane przeciwko rodzącemu się państwu
komunistycznemu. Był to ruch niepodległościowy. Najkrócej istniał
oddział Wacława Borożyńskiego. Powstał w listopadzie 1945r. i rozbity
został w marcu 1946 roku. Nieco dłużej istniał oddział Marcjana
Sarnowskiego ps. „Cichy”. Utworzony został w sierpniu 1946 roku i
całkowicie został zniszczony w lutym 1947 roku.
Najsilniejszym
oddziałem partyzanckim działającym na terenie kilku powiatów był
oddział Stanisława Ballego ps. „Sowa”.
Oddział powstał w marcu 1945 roku i działał do 22 lutego 1947 roku - do
czasu ogłoszenia przez Sejm ustawy o amnestii. Powiatowy Urząd
Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Mieście Lubawskim nazywał te
oddziały partyzanckie Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Tylko PUBP w
Działdowie żołnierzy oddziału Ballego nazywał członkami Ruchu Oporu
Armii Krajowej.
Idąc ulicą Grunwaldzką w Nowym Mieście Lub. widzimy duży budynek
nieistniejącego dziś przedszkola. Po drugiej wojnie światowej w gmachu
tym mieścił się Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Na podwórku
są budynki gospodarcze. Jeden z nich był garażem samochodowym. Za
murowanym płotem UB-cy mieli ogródek. Patrząc na ten budynek o pięknej
architekturze rodzi się pytanie, czy wiemy wszystko o tym, co w nim się
dzieło. UB-cy przesłuchiwali, bili, torturowali obywateli o innych
przekonaniach politycznych i ludzi należących do ruchu
niepodległościowego. Państwo komunistyczne miało piękne prawo na pokaz,
podobnie do elewacji budynku, a od wewnątrz było prawem ohydnym.
Ludzie mówili różnie na temat działalności Urzędu Bezpieczeństwa.
Kilkadziesiąt lat temu Alfons K. (były milicjant) w tajemnicy przekazał
mi informację o takiej treści: gdyby przekopano ogródek UB-wski, być
może znalezionoby ludzkie kości. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że
Alfons K. miał brata w UB, to informacja ta może być bliska prawdy.
W „Drwęcy” nr 5/90 pisałem: „U Pipusa pracowało dwóch młodych Polaków -
Globuszewski i Luliński. Otrzymałem list od Pana Juliana Lulińskiego
obecnie mieszkającego w Nowym Sączu, który tak pisze: „W dniu 5-go
marca 1945 roku zostałem powołany do wojska do Torunia, a następnie po
przeszkoleniu wysłany na front przeciw niemieckiemu najeźdźcy.
Następnie przeszedłem szkołę podoficerską i oficerską. Wysłano mnie na
akcję przeciw bandom UPA w Bieszczady. Tam poznałem dziewczynę,
ożeniłem się i do chwili obecnej zamieszkuję w Nowym Sączu. Jestem już
na emeryturze, mając 67 lat”. Julian Luliński przechodząc na emeryturę
miał stopień porucznika WP.
Pan Rudnicki z Radomna w swoim liście pisze: „Opisujecie aresztowanie
Franciszka Wojtasia. Opisujecie oświadczenie siostry, Jadwigi Szlegel.
Mianowicie wg jej zeznania wynika, że musiała ona przyglądać się
katordze brata wykonywanej przez wielu oprawców z UB. Dlaczego Wy, jako
redaktorzy, nie dochodzicie tego, kim byli ci oprawcy, a w
szczególności nie podajecie ich nazwisk. Przecież musiała ona kogoś
zapamiętać, kogoś znać z nazwiska. Przecież opisane przez Was tortury
kwalifikują się i zaliczają do zbrodni przeciw ludzkości i nie mogą być
ani zapomniane ani przedawnione”.
Przede wszystkim Pan Rudnicki powinien był wysłać swój list do
prokuratora. W liście są zdania, które obrażają autora. Pragnę
wyjaśnić, że Ci co piszą dla „Drwęcy”, czynią to z dobrej woli i za
darmo. Chcę podkreślić, że ludzie, którzy przeszli tortury w UB lub w
Informacji niechętnie chcą mówić.
Niechętnie chcą ujawniać nazwiska, jeśli jakieś znają! Ten co ujawnia
pewne fakty i ten co je opisuje, naraża się na ryzyko utraty zdrowia,
mienia lub nawet życia.
Opisywana akcja dzieje się blisko pół wieku temu. W pamięci zacierają
się twarze, jeszcze szybciej nazwiska. Osobiście również chciałbym
poznać przynajmniej dwa nazwiska moich oprawców. Niestety UB-wcy nie
przedstawiali się aresztowanym, podejrzanym i przesłuchiwanym. Dużo
funkcjonariuszy UB już nie żyje. Ci co mają większe zbrodnie na
sumieniu, odjechali „w Polskę” i w nowej miejscowości udają aniołów, a
obecnie demokratów.
Nieprawdą jest, że w ogóle nie można dojść do
ustalenia niektórych faktów, które miały miejsce w Urzędach
Bezpieczeństwa.
W 1945r. Edmund Dąbrowski zamiast do wojska zgłosił się do UB w Nowym
Mieście Lubawskim. Ożenił się z funkcjonariuszką UB. Ona już nie żyje,
lecz Edmund Dąbrowski mieszka we Włocławku. Szybko awansował na
chorążego. Czy ten człowiek zna nazwiska aparatu UB? Na pewno tak.
Chociaż pewności nie ma. Pamięć nie zawsze każdemu dopisuje! Pisałem o
pani Stein. Obecnie mieszka w Izraelu i mogę podać, że ma na imię
Stefania. Pani Stefania Stein, mimo tak wielkiej odległości czytała
gazetę „Drwęca”.
Serdecznie pragnę podziękować panu Andrzejowi
Różyckiemu za pomoc informacyjną. Pan mgr inż. Andrzej Różycki jako
były dowódca II plutonu w oddziale St. Ballego napisał dla mnie dwa
artykuły: Udział „Cichego” w oddziale R.O.A.K. „Sowy” i „Struktura
organizacyjna”.
Dziękuję bardzo pani Zdzisławie Tomaszewskiej za artykuł pt. „Dlaczego
musieli zginąć”.
Dziękuję paniom Teresie Turowskiej i Teresie Cieszyńskiej pracownikom
Urzędu Stanu Cywilnego w Nowym Mieście Lub. za poszukiwanie danych do
mojego artykułu w USC w Kurzętniku, Biskupcu, Iławie, Lubawie Brzoziu,
Grodzicznie i Lidzbarku Welskim.
Dziękuję panu dr Andrzejowi Koreckiemu za kserokopie wyroków sądowych.
Dziękuję Proboszczom Parafii w Nowym Mieście Lubawskim i w Radomnie za
udostępnienie ksiąg zmarłych.
Na zakończenie wyjątkowo serdecznie dziękuję pani Jadwidze Szlegel za
cenne wypowiedzi na temat swojego brata.
Niestety, Franciszek Wojtaś
ps. „Tyczka” nie żyje, nie doczekał się niepodległej Polski. Budynek po
byłym UB istnieje, w piwnicy w niektórych oknach zachowały się kraty.
Istnieją jeszcze drzwi celi z zasuwą stalową.
Wierzę w to, że kiedyś odsłonięta będzie tablica pamiątkowa w miejscu,
z którego wydobywały się jęki ludzkie.1
Lista ofiar organizacji podziemnej Ruch Oporu AK działającej na terenie byłego powiatu lubawskiego:
1. N. Ruciński, ps. „Sroczka”, ok. lat 20, w 1946r. postrzał, pochowany 13.12.1946r.
2. N.N. ps. „Wróbel”, ok. lat 20, w 1946r. postrzał, pochowany 13.12.1946r.
3. N.N. ps. „Sowa”, ok. lat 25, w 1946r. postrzał, pochowany 13.12.1946r.
4. Marcjan Sarnowski s. Teofila, ps. „Cichy”, lat 21, 3.01.1947r. postrzał. Decyzja o pochówku z dnia 7.01.1947r.
5. Franciszek Jadanowski s. Józefa, lat 28, 7.01.1947r. postrzał. Decyzja o pochówku z dnia 8.01.1947r.
6. Alfons Orzepowski s. Franciszka, ps. „Czerwonka”, lat 21, 17.02.1947r. postrzał. Pochowany na cmentarzu 24.02.1947r.
7. Józef Rydel s. Józefa, lat 20, 17.02.1947r. postrzał, pochowany na cmentarzu 24.02.1947r.
8. Jan Rudziński s. Ignacego, lat 19, stracony 17.01.1947r. w Grudziądzu II
9. Józef Goryckiewicz s. Teodora, lat 20, stracony 6.02.1947r. w Grudziądzu II
10. Alojzy Godziński s. Józefa, lat 23, stracony 6.02.1947r. w Grudziądzu II
11. Henryk Kołodziejski s. Jana, lat 19, stracony 6.02.1947r. w Grudziądzu II
12. Roman Brzeziński s. Ryszarda, lat 22, stracony 21.11.1946r.
w Działdowie
13. Bronisław Fanslau s. Adam, lat 24, stracony 21.11.1946r.
w Działdowie
14. Bolesław Ruciński s. Jakuba, lat 24, stracony 15.11.1946r.
w Działdowie
15. Aleksander Wiśniewski s. Wincentego, lat 22, stracony 21.11.1946r. w Działdowie
16. Alojzy Liszewski s. Józefa, lat 22, stracony 11.12.1946r.
w Grudziądzu II
Sądzeni członkowie podziemia i wykonane wyroki4.
Znamienne jest to, że do
organizacji wojskowo-niepodległościowych należeli ludzie młodzi, a
nawet młodzież. Ludzie ci ginęli od kul NKWD, UB, KBW, MO i ORMO. Jedni
ginęli na polu walki, zaś inni od stosowanych tortur w Urzędach
Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej, a jeszcze inni ginęli od kul w
tył głowy za murami lub w celach piwnicznych więzień.
Szczególnie haniebną zbrodnią było wykonywanie wyroków śmierci na
kobietach. Na liście znajduje się tylko kilka straconych kobiet. To
także daleko odbiega od prawdy.
Nie przeszkadzała panom życia i śmierci niepełnoletność skazanych,
wynosząca w świetle ówczesnego prawa 21 lat. Stracono bowiem 32
nieletnich, czyli osób, które nie ukończyły 21 lat.2
W raporcie sporządzonym przez pułkownika Dawydowa - doradcę MSW ZSRS
przy MBP Polski, o działalności polskiej reakcji wśród młodzieży z dnia
28 maja 1946 roku przesłanym do towarzyszy Stalina J.W., Mołotowa W.M.,
Berii Ł.P. i Żdanowa A.A. czytamy:
„Na poważne zainteresowanie
zasługują dane o udziale młodzieży w bandach zbrojnych (czytaj w
organizacjach niepodległościowych - przyp. J.J.). Według stanu na dzień
1 maja br., organy bezpieczeństwa zarejestrowały na podstawie
materiałów agenturalnych i śledczych 100 band, liczących ponad 37
tysięcy osób. Według tych danych 60-70% członków zarejestrowanych band
stanowi młodzież w wieku 25 lat.
Przebywająca w atmosferze reakcyjnej, profaszystowskiej propagandy
młodzież nie tylko wstępuje do istniejących formacji AK-WiN, NSZ, lecz
samodzielnie, z własnej inicjatywy tworzy różnego rodzaju
organizacje”.3
Opór organizacji
wojskowo-niepodległościowych w 1946 roku napotkał miażdżącą przewagę
wroga. Przełomem w likwidowaniu masowego podziemnego powstania
narodowego przeciwko nowej okupacji, przeciwko dyktaturze proletariatu
pod sztandarem moskiewskim był okres amnestii z 22 lutego 1947 roku.
1. Artykuł pt. Życie i śmierć
„Cichego” autorstwa Jana Jedy był drukowany w odcinakach w gazecie
„Drwęca” wydawanej w Nowym Mieście Lubawskim w latach 1990-1991.
2. Straceni w polskich więzieniach 1944-1956, Wyd. Retro, Lublin 1994, s. 9.
3. Teczka specjalna J.W. Stalina (Raporty NKWD z Polski 1944-1946), Warszawa 1998 s. 511.
4. Książka: Nowe Miasto
Lubawskie – Gorzki smak wolności, Wspomnienia więzienne. Autorzy:
Andrzej Korecki, Jan Jeda. Nowe Miasto Lubawskie 1996.
|